A Pan Bóg swoje… - s. Dominika CSS

dominikaMam na imię siostra Dominika, jestem SZCZĘŚLIWĄ Kanoniczką Ducha Świętego. Pewnie większość z osób czytających to świadectwo poszukuje wskazówki, podobieństwa, czy trochę światła jak iść swoją drogą życia.

Nie można niestety przelać na papier tajemnicy Bożego wezwania, ale pragnę podzielić się z TOBĄ czytelniku, pięknem swojego doświadczenia WEZWANIA i WYBRANIA.

 Zacznę od tego, że zawsze wydawało mi się, że to ja szukam sposobu na życie, że to ja rozeznaję czy to co się rodzi w moim sercu to Boży głos. JA JA JA… i dopiero jak z mojego życia wyszła „jajecznica”, zrozumiałam, że to On wybiera, że to ON wzywa i moje zadanie nie polega na bezpieczeństwie decyzji ale na całkowitym zawierzeniu. I tak właśnie, rozpoczęła się moja poważna droga z Chrystusem.

Wstąpiłam do klasztoru mając 27 lat, studiowałam ekonomię, zarządzanie i marketing, prowadziłam firmę budowlaną, w tak młodym wieku można powiedzieć biznesowo byłam ustawiona i finansowo zadowolona. Cóż więcej można chcieć: auto, praca, stabilność materialna, chłopak… Dziękuję Bogu za tą drogę bo na niej zrozumiałam, że tylko Bóg jest w stanie zaspokoić moja pustkę serca, to łaknienie miłości, której tak naprawdę szukałam. Miałam „wszystko”, a jednak nie dawało mi to prawdziwego szczęścia. Gdzieś tam w szkole średniej myślałam o tym by zostać siostrą zakonną, ale życie toczy się tak szybkim tempem, że propozycji wyboru na tarczy czasu jest bardzo dużo. Wystarczy się zachwiać, i już pęd życia wkręca nas w spiralę codzienności. Tak też słuchając rad rodziców, poszłam na studia, później założyłam firmę i tak „poleciało”.

A PAN BÓG SWOJE…

W czasie jednej z pielgrzymek majowych, które odbywają się w naszej diecezji, On mnie zatrzymał! Szło sporo młodzieży, dużo moich koleżanek i kolegów, była tam m.in. jedna z Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego. Któregoś dnia mówiła ona o wspólnocie gwidonowej, którą prowadzi, na czym polega ich funkcjonowanie i w ogóle czym się zajmują. Pamiętam jak dziś, gdy opowiadała, że wraz z młodymi ludźmi tej wspólnoty, przed świętami Bożego Narodzenia jeździli w Słupsku po dworcach PKP i PKS, aby obmywać i opatrywać rany bezdomnym. Był to dla mnie wielki szok, pomyślałam sobie, że to jakiś heroizm. Ja często omijam tych ludzi ze względu na ich „zapach”, a już nie wyobrażałam sobie sytuacji gdybym miała ich dotykać, czy opatrywać. Strasznie pracowało we mnie to świadectwo. W kolejny dzień pomyślałam sobie: jak to jest w tym życiu? Jedni w zabieganiu nie mają czasu spokojnie zjeść, to w co inwestują musi przynosić zysk … i gdzieś się pędzi. Ale do czego? Ja byłam w tej grupie. A drudzy – w tym wypadku młodzi tej wspólnoty - poświęcają swój wolny czas, na to, by gdzieś tam jeździć, zajmować się obcymi ludźmi i pochylać się nad nimi z taką miłości jak Chrystus.

DZIŚ ten moment mogę nazwać AKCJĄ REANIMACYJNĄ . Właśnie wtedy na nowo się ZATRZYMAŁAM, OBUDZIŁAM, NARODZIŁAM. No ale życie toczyło się dalej. Po kilku dniach wróciłam do pracy, do moich obowiązków, ilości wyjazdów i szkoleń, i któregoś razu robiąc zakupy z moim chłopakiem, usłyszałam od niego takie słowa: słuchaj, podejdźmy tu do banku, może byśmy się zapytali o kredyt mieszkaniowy...
NO TU JUŻ MAMY CZERWONEGO KOGUTA NA KARETCE ŻYCIA!

Wiedziałam, że muszę podjąć decyzję, że muszę ją podjąć już teraz. To było dosłownie kilka dni od „reanimacji”. Wróciłam do domu, i myślę sobie tak: dobra zostanę zakonnicą tylko jaką? Gdzie? … Siostry z pielgrzymki tak dobrze nie znałam, a to co we mnie się działo, skrywałam skrzętnie w tajemnicy. Ale ten kredyt mieszkaniowy przywarł mnie do muru. Więc kontynuuje swój plan… Myślę sobie, że co ja się martwię skoro Pan Bóg chce, bym tą siostrą została, to jak wpiszę sobie w googlach co mnie ciekawi, to pewnie wyskoczy ideał zakonu gdzie pójdę. I tak zrobiłam. Wpisałam słowo APOSTOLSTWO ( dziś wiem, że to Duch Święty namieszał bo bardziej obszernego pojęcia wpisać nie mogłam). I co się stało! ZAŁAMKA!!! Milion coś tam zgromadzeń…. Może ich tyle nie było, ale w moim odbiorze było ich FOOL. Stwierdziłam, że to nie dla mnie droga… nie przejdę tego.

Umówiłam się z Panem Bogiem, żeby to On pokazał mi gdzie mnie chce… postanowiłam zostawić to całkowicie Jego działaniu. Ja będę czytać znaki czasu, a Ty Boże działaj. I tak też było.

Mija znowu dzień lub dwa, idę do Kościoła na Mszę. A przed drzwiami stoi Siostra Zakonna z pielgrzymki z moją koleżanką. Zapoznaje mnie z Nią, musiałam poważnie wyglądać, bo ta Siostra cały czas do mnie na Pani. Ale dalej postanawiam odczytywać znaki czasu. Kolejny dzień w moim życiu, jadę do banku z przelewami, wracam autem rozmawiam przez telefon, drugi aparat wibruje mi na siedzeniu, ledwo co trzymam kierownicę pomagając sobie łokciem i … na pasy wyskakuje mi Siostra Zakonna… zgadnijcie jaka (tak tak, właśnie Ona), oparła się na masce mojego auta, uśmiechnęła i poszła… Może to głupota, ale wiedziałam że moje poszukiwanie zgromadzenie się skończyło. Od dzieciństwa te właśnie Siostry uczyły mnie religii w szkole, od zawsze były w mojej parafii, a ja szukam w „milionie” nazw miejsca, gdzie mnie Pan Bóg chce. No i właśnie to nie ja wybieram gdzie On mnie chce.

DROGA ZOSTANIA KANONICZKĄ DUCHA ŚWIĘTEGO nie była łatwa, wiedziałam , że w moim wypadku musi być to decyzja radykalna i konsekwentna. Zaczęłam pomału porządkować sprawy związane z firmą, z tym za co byłam odpowiedzialna. Powiedziałam o decyzji najpierw mojej Siostrze (najlepszej Przyjaciółce) i moim Rodzicom. Nie odciągali mnie od tej decyzji, miałam już swoje lata wiedzieli, że ta decyzja nie jest pochopna. W sierpniu planowo miała się stawić do Klasztoru. Ale w lipcu zdarzyło się coś, co przewróciło moje życie do góry nogami. Jestem w pracy i dzwoni do mnie mama, odbieram telefon - jest zapłakana, wykrztusiła jedynie, że Ania (moja jedyna Siostra), jest w szpitalu i podejrzewają u Niej ostrą białaczkę… Za chwile dzwoni moja Siostra i mówi tak: wiesz, ja będę chyba szybciej w klasztorze niż ty. Mówię do niej: o czym Ty mówisz, masz męża i jesteś w 3 miesiącu ciąży z bliźniakami- jaki klasztor. Potwierdziła to, co mówiła mama. Ze szpitala położniczego w Warszawie, gdzie chodziła na kontrole, przewieźli ją do onkologię, gdzie kontakt z nią był możliwy jedynie przez szklaną ścianę ze słuchawką telefoniczną, by można było się porozumieć. Horror! Najgorszy scenariusz z możliwych. Co dalej, tu w domu Rodzice, moja Mama niepełnosprawna, Tato w pracy na morzu z podejrzeniem poważnej wady serca- i perspektywą operacji. CO DALEJ?

ŚWIAT MI SIĘ ZAWALIŁ! Nie wchodziło w rachubę pójście w sierpniu do klasztoru. Mama wyprowadziła się do Warszawy, ja ogarniałam dom i podstawowe obowiązki. NIE DA SIĘ TEGO OPISAĆ co się działo w moim sercu, w moim życiu… Wiedziałam tylko jedno - było to tak silne uczucie pewności, że całkowicie nie moje w tej sytuacji - słyszałam w sobie głos: nie możesz się wycofać. Wiedziałam, że jak zrezygnuję teraz, to już nigdy nie wstąpię!

Nie zrezygnowałam, moja decyzja zostania siostrą była całkowicie zakorzeniona w krzyżu Chrystusa. Bolało bardzo, patrzyłam na moją rodzinę, na jej cierpienie i rozrywało mi serce. Lecz nigdy nie opuścił mnie w nim pokój. Uporczywe leczenie, twarz mojej Siostry, która całkowicie zlicowała się bólem. W lutym przeszczep szpiku kostnego. Ania wychodzi ze szpitala w 100% zdrowa, nie mając ani jednej komórki rakowej. Myślę sobie: Boże, oddaje Ci moje życie, tylko błagam zachowaj ją przy życiu. Iskierka nadziei w domu. Ania jest z nami. Ja wyjeżdżam do klasztoru i tam zostaję. Odwozi mnie moja ukochana mama, która z wielką wiarą zawierza mnie Bogu.

Można powiedzieć - udało się! Pan Bóg nad wszystkim czuwał… tak często po ludzku opisujemy nasze plany. Fakt, Pan Bóg czuwał, ale Jego wola dopiero się objawiała. Istnieje 100 dni adaptacji przeszczepu w organizmie pacjenta. U mojej siostry prawie minęły. Pod koniec tego okresu Ania źle się poczuła. Okazuje się, że ma nawrót choroby, a rak tak bardzo się zmutował, że nie ma możliwości doszczepu. Jako już postulantka jadę pociągiem do Krakowa. Patrzę na Jej twarz obolałą, umordowaną walką o życie. Jedyne co umiałam jej powiedzieć to łzy kapiące po moich policzkach. Tak bardzo ją kochałam! Ona patrzyła na mnie i powtarzała: nie płacz! Wyksztusiłam z siebie: Ania, co ja mam robić? Odpowiedziała spokojnym głosem: TRWAJ W MIŁOŚCI. Trwaj w tym co wybrałaś, nie cofaj się, my sobie jakoś poradzimy.

Za kilka tygodni UMIERA! Przepakowałam tylko plecak do nowicjatu i wróciłam do szpitala, by być przy jej śmierci.

PYTASZ SIEBIE O DROGĘ ŻYCIA? Moją drogę Bóg nazwał MIŁOŚCIĄ. Kiedy moja Siostra umierała, uświadomiłam sobie, że moja umowa z Bogiem: „życie za życie”, wypełnia się. Nie jest to jednak scenariusz który ja wybrałam, ale plan Boga, który być może moje życie uczynił dla Ani trampoliną do nieba. Dał Jej ŻYCIE- ŻYCIE WIECZNE! A mnie przyjął jako Oblubienicę.

Drogi czytelniku, widzisz prawdziwe życie, stąpanie po ziemi w codzienności. Lecz powołanie Boga to tajemnica, którą możesz rozwikłać, zrozumieć, i poczuć jedynie sercem. ZAUFAJ! Zaufaj Jego miłości. I TRWAJ W NIEJ!!! To On Wzywa.

s. Dominika Pac CSS

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Odsłony: 803

Mamy szczególne nabożeństwo
do Ducha Świętego

Czcimy Chrystusa
w cierpiącym człowieku...

 

Maryja jest nam wzorem
uległości Duchowi Świętemu